TRAVELS

SANTORINI 2016



WYCIECZKA NA SANTORINI




Słyszałam, że na Santorini jest zachwycająco pięknie, cudownie, niezapomniane widoki, no po prostu bajka. Szczerze mówiąc trochę trudno było mi w to uwierzyć, ponieważ byłam już wcześniej na dwóch greckich wyspach, które mnie nie  zachwyciły. 
Tym razem jednak miało być inaczej.



Pierwsze wrażenie


Nie obiecujcie sobie zbyt wiele. Krajobraz jaki ujrzycie po tym jak wysiądziecie z samolotu, może Was odrobinę rozczarować. We wrześniu nie zobaczycie pól skąpanych w zieleni, drzew i krzewów. Przypomina raczej piaszczyste stepy i w żaden sposób nie pobudził mojej   wyobraźni i oczekiwań, że będzie tu pięknie. W autobusie jest podobnie. W oczy rzucają się zaniedbane, domy, nie ma pięknych imponujących, 5 gwiazdkowych hoteli, zielonych oaz z palmami. Grecja to nie Hiszpania, przynajmniej jeśli chodzi o Santorini. Zabudowa jest niska, hoteliki małe, śniadania skromne. Trochę ascetycznie.

Potem będzie już tylko lepiej i piękniej ...




Kamari


Zatrzymaliśmy się w miejscowości Kamari. Miasteczko nie duże, ale i cała wyspa jest niewielka. Plaża w Kamari jest kamienista. Cała z malutkich kamyczków, natomiast sam brzeg z coraz większych owalnych kamieni. Warto zabrać specjalne obuwie do wody, jest o niebo bardziej komfortowo. Pomijając to, że na kamieniach jest twardo to jeszcze piasek , czy też malutkie, drobne kamyczki są niesamowicie gorące i parzą stopy. 
Na plaży jest mnóstwo leżaków. Komplet, dwa leżaki i parasol kosztowały nas 7 euro na dzień. Niektóre restauracje przy plaży oferowały leżaki w zamian za kupowanie u nich napojów lub jedzenia, ale my zdecydowaliśmy się zapłacić i nie czuć zobowiązania do zakupów, zresztą ceny w restauracjach były dość  wysokie.
 Na plaży znajdzie się mnóstwo osób, które będą chciały  Wam coś sprzedać. Bransoletkę z muliny, obrazy z widokami z Oia, masaż lub pączka. Dla każdego coś miłego. Przy czym pączki kosztowały 2 euro za sztukę, o resztę nie pytałam. 
Była też wypożyczalnia ze sprzętami wodnymi, skuterami, windsurfingiem czy kajakami. 
W miasteczku były również bazy nurkowe. Nie wiem, czy jest tam co pod wodą oglądać, ale nurkowanie z butlą było dość popularne. 
Jest sporo sklepów typu mini market. Ceny produktów czasem różnią się nawet o kilka euro, więc warto sprawdzić jeśli liczycie się z gotówką. Piwo w restauracjach około 4-6 euro zależy gdzie, sałatka grecka około 12 euro, spaghetti 16 euro. Wszystko zależy, gdzie chcecie zjeść. Najtaniej wychodzi gyros, 7 euro za porcję na talerzu z frytkami, pitą i pomidorem. 
Wzdłuż promenady jest mnóstwo restauracji i sklepików.Wygląda to pięknie, szczególni po zmroku.  Niestety wieczorny, spokojny spacer był prawie niemożliwy. Z każdej restauracji naganiacze niemal wciągali nas do środka. Może stolik, skąd jesteście, coś do jedzenia, w kółko bombardowały nasze uszy.
Z czasem nauczyliśmy się patrzeć przed siebie i nie reagować na mniej lub bardziej nachalne zaczepki.




plaża santorini

















doniczki ze spodni



Jeśli interesują Was imprezy, dyskoteki itd. to pobyt w Kamari was nie usatysfakcjonuje. My znaleźliśmy jeden klub, w którym można było potańczyć. Nie mówię, że nie ma innych, ale my tam nie trafiliśmy. Było też kilka restauracji z karaoke. Podobno wszystkie kluby skoncentrowane są w Firze, aż boję się pomyśleć o cenach wstępów lub drinków, na myśl ile zapłaciliśmy tam za kolację. Tak więc od strony imprezowej nic Wam nie polecę.


Co zwiedziliśmy i jak

Główne atrakcje na wyspie to zwiedzanie miast Fira oraz Oia. Oia to właśnie , to miasteczko, które jest na wszystkich pocztówkach i kalendarzach, to które kojarzy Wam się na myśl o Grecji. Tam właśnie znajdują się białe domki, szafirowe kopułki oraz białe wiatraki. Nie mogę nie przyznać, że podziwiałam oba miasta z zapartym tchem. Architektura i ukształtowanie tak inne od tego, które widzimy na co dzień zachwycało chyba każdego turystę. Wszystko skąpane w bieli i błękicie. Dziesiątki schodków, schodeczków, tarasów, hotelików, restauracji. Cudo, nie mogłam się napatrzeć. 
Jak się tam dostać? Na wyspie sprawnie kursują autobusy. Z Kamari do Firy podróż miejskim autobusem kosztowała 1,80 euro w jedną stronę i trwała około 15 minut. Autobusy kursowały co 15 minut a po 22 co 45-30. Z Firy do Oia też 1,80 euro.
My zwiedziliśmy te dwa miasteczka jednego dnia. 


FIRA



Najpierw po drodze była Fira. 
W jakimś przewodniku przeczytałam o atrakcjach w Firze, „w Firze nie ma atrakcji” i jest to w pewnym, sensie prawda. Dla mnie jednak sam spacer i podziwianie widoków było atrakcją. Szukanie miejsc, z których najlepiej ująć całe piękno tego miejsca, było fajnym przeżyciem. Z miasteczka na dół do portu, lub jak kto woli z portu do góry miasteczka  można przetransportować się kolejką linową, bądź osiołkami. Kolejka nie była dla nas atrakcją, jesteśmy narciarzami więc kolejkami najeździmy się zimą, a osiołków było nam żal, dlatego nie zeszliśmy do portu. Patrzyliśmy z samej góry na żaglówki i wielkie wycieczkowce cumujące w zatoce. Aha i jeszcze jedno, osiołki nie pachniały wiosną, tylko osłem więc jeśli zapach natury Wam nie odpowiada lepiej nie planujcie tej atrakcji.
Chcieliśmy zobaczyć kościół Swiętego Jana Chrzciciela, ale był zamknięty. W jego poszukiwaniu weszliśmy na samą góre Firy na jakieś ruiny i tam zrobiliśmy kilka fajnych zdjęć, w takich jakby korytarzach z piaskowca. 

Po kilku godzinach w Firze, wspinając się po schodkach i przeciskając wąskimi uliczkami z przyjemnością odpoczęliśmy w autobusie do Oia.












OIA



Po Firze, Oia nie robiło już takiego wielkiego wrażenia jak się spodziewaliśmy. Było kolejnym miastem na zboczu, chociaż to właśnie tu mieliśmy wreszcie zobaczyć długo wyczekiwane niebieskie kopułki i białe wiatraki. I zobaczyliśmy. Czy było pięknie? Tak bardzo pięknie, niezapomniane widoki. Jak już będziecie tam na miejscu dajcie sobie trochę czasu, żeby faktycznie popatrzeć jak ten inny świat wygląda. Żeby zauważyć tę inność, którą zachwyca się cały świat. W biegu, goniąc za kolejnym zdjęciem, może Wam to umknąć. Możecie wrócić do domu i wspomnienia, które dla nie jednych mają pozostać na całe życie jakoś ulecą, nie zdążą wdrukować się w pamięć. Nie zrozumcie mnie źle. Sama zrobiłam chyba z milion zdjęć, bo bez nich też ciężko przypomnieć sobie "jak to było kiedyś w tej  Grecji :) " chcę tylko powiedzieć, żebyście wydali to 6 euro na piwo, czy cokolwiek innego, usiedli w restauracji z widokiem i po prostu patrzyli na horyzont i skalisty brzeg, bez pośpiechu, wdychając ciepłe powietrze, nie myśląc o obowiązkach, o tym ile tu wydacie, co was czeka w domu po powrocie. 

Mi tego momentu o mały włos  zabrakło. Na szczęście w sobotę przed wyjazdem postanowiliśmy wraz z moim mężem, że wieczór wraz z kolacją spędzimy właśnie w Firze. Nie w Oia żeby dwa razy się nie przesiadać. I tak też zrobiliśmy. Zjedliśmy romantyczną kolację, patrząc na mnóstwo migających na zatoce lampek statków i obserwując zachód słońca oraz  fajerwerki na wulkanie. Było urzekająco.



























Wycieczka quadami po Santorini


Polecam Wam bardzo wypożyczenie quadów. Oglądanie wyspy z ich perspektywy jest o wiele przyjemniejsze niż z autobusu. W Kamari było wiele wypożyczalni quadów, skuterów, czy samochodów. Patrzcie jednak nie tylko na ceny, ale również na to czy sprzęt, który wypożyczacie jest sprawny. My wypożyczyliśmy quady dwa razy. Pierwszy raz z dość drogiej wypożyczalni. Zapłaciliśmy z ubezpieczeniem 49 euro za dzień. Sądziliśmy że można taniej i kolejny raz skorzystaliśmy z tańszej wypożyczalni. Niestety okazał się to błąd. Sprzęt był nie sprawny, rozklekotany, słabo trzymał się drogi, kaski parchate aż strach było na głowę nakładać.
Benzyna do quada, na cały dzień zwiedzania z plażkowaniem kosztowała 12 euro. 
Najpierw postanowiliśmy wjechać na szczyt góry w Kamari, na której znajdowały się wykopaliska archeologiczne i piękny widok. 
Następnie skierowaliśmy się na Czerwoną plażę Red Beach. Zostaliśmy tam godzinkę, poopalaliśmy się i ruszyliśmy dalej, na latarnię morską do Akrotiri . Wracając do plaży, była dość mała i wszyscy traktowali ją raczej jako punkt zwiedzania niż docelowy. Jak się później okazało można było z Czerwonej plaży popłynąć łodzią na Białą plażę, ale my dowiedzieliśmy się o tym za późno. Po drodze na Czerwoną plażę  możecie obejrzeć wykopaliska archeologiczne. 






latarnia morska na santorini



Latarnia morska, no cóż nie był to siódmy cud świata ale miejsce fajne, z ładnym widokiem i wystającymi nad morze skałami, na których oczywiście zrobiliśmy sobie zdjęcia. 
Na koniec pojechaliśmy na plażę Eros Beach, którą polecił nam właściciel wypożyczalni. Była rzeczywiście piękna. Najlepsze wrażenie robiła restauracja, która wyglądała jakby była wykuta częściowo w skale. O ile na Red Bech skały okalające plażę miały odcień czerwony, o tyle na Eros Beach były białe, złociste. Dojazd do tego miejsca też był bardzo fajny, ponieważ trzeba było zboczyć z drogi głównej i jechać niedużym, skalistym wąwozem. Ogólnie panował tam bardziej egzotyczny i ekskluzywny klimat niż na reszcie wyspy, którą mieliśmy okazję zwiedzić. Miało się wrażenie, że jest się gdzieś na Bali, a nie w Grecji. Wracając przejechaliśmy jeszcze przez port i podziwialiśmy żaglówki i kutry pełne pracujących rybaków. 
 Pomiędzy tymi miejscami sporo się zatrzymywaliśmy, żeby spojrzeć na morze z innej perspektywy. Na zachód słońca zatrzymaliśmy się w przydrożnej restauracji. Straszliwie wiało i było jakoś tak bez odpowiedniej atmosfery. Tego dnia zachód słońca na Santorini nie zrobił na mnie żadnego wrażenia. Dopiero na wspomnianej już  sobotniej kolacji w Firze faktycznie poczułam i zobaczyłam piękno tego zdarzenia tak jak mówią o nim inni. 


eros beach












marina na santorini


Kolejny dzień spędziliśmy na plaży i wierzcie mi że po wrażeniach z quadów prawie  zanudziliśmy się na śmierć leżąc na leżakach.



Kolejna quadowa wycieczka zaprowadziła nas do Perrisy. Tam też znajdziecie fajną plażę, na dodatek nie jest kamienista i możecie po niej swobodnie spacerować brzegiem. W wodzie są niestety wielkie kamienne bloki, więc i tak polecam zabrać buty do kąpieli. Sama Perrisa jest ok. W porównaniu do Kamari raczej uboga w restauracje , a sama promenada nie zrobiła na mnie wrażenia. 
Ta druga wycieczka nie była już taka fajna. Nasze quady były dużo gorsze, źle trzymały się drogi, ciężko prowadziły i nie mieliśmy światła stopu. Co oczywiście okazało się w trakcie zwiedzania. Połowę dnia spędziliśmy ponownie na plaży Eros. 


Aha prawie bym zapomniała. Gdy szukaliśmy dojazdu na białą plażę, a jeszcze nie wiedzieliśmy wtedy, że tam da się tylko dopłynąć - wylądowaliśmy na trochę zaniedbanej, plaży o nazwie Cambia Beach. W sumie nie polecam Wam tego miejsca. Zobaczycie na zdjęciach jak tam jest. Fajne jednak było to że po drodze zobaczyliśmy w zagrodach kozy, osły i sama boczna droga doprowadzająca do tej plaży była ciekawa do jeżdżenia quadami. Szutrowa, z wzniesieniami, ale  plaża raczej słaba.



cambia beach





Razem z moim mężem zdecydowaliśmy, że ze względu na niespokojny czas, który spotkał nasz świat,  w tym roku nie jedziemy na żadne zagraniczne wakacje. Przypuszczam, że jak spora cześć Polaków zdecydowaliśmy, że zwiedzimy kawałek naszego pięknego kraju zamiast z niepokojem włóczyć się po świecie. 




**************************************************










Kraków z dzieckiem

Do Krakowa przyjechaliśmy w piątek po godz. 15:00. Podróż zajęła nam ponad 6 godzin, ale dzięki temu, że prawie całą drogę przejechaliśmy autostradami lub drogami szybkiego ruchu, przebiegła dość komfortowo.

Godzinkę odpoczęliśmy w hotelu i ruszyliśmy w miasto.
Zdecydowaliśmy, że zostawimy samochód na hotelowym parkingu i będziemy poruszać się taksówkami. Z hotelu do Rynku Głównego w Krakowie mieliśmy zaledwie 3 km i za taksówkę płaciliśmy tylko 18 zł. Chyba nie warto było za te kilka groszy szukać miejsc na starówce, zresztą pewnie za parkowanie też trzeba by było zapłacić. 


Istotne, gdy jedziesz z dzieckiem

Na Rynku jest mnóstwo restauracji, więc nie musicie martwić się o toalety 
dla Waszego malucha. Zdążycie dobiec w razie czego. 

W menu restauracyjnych często są dania dedykowane dzieciom, 
ale zanim usiądziecie do ogródka lepiej to sprawdzić.

Spokojnie możecie zabrać ze sobą wózek. My się zastanawialiśmy, 
czy małego nie wytrzęsie od bruku, ale nawierzchnia
Rynku jest ok. i wszędzie są też chodniki. 

Raczej nie minie Was kupienie jakiegoś duperelka, 
bo Sukiennice całe wypełnione są kramikami z pamiątkami, 
zresztą uliczki doprowadzające do Rynku też. 


RYNEK GŁÓWNY




Rynek Główny jest zachwycający. Wypełniony radosnym tłumem zwiedzających, z mnóstwem ogródków restauracyjnych, dorożkami i oczywiście Sukiennicami. 

Nie nastawialiśmy się na typowe zwiedzanie. Zawsze, gdy jedziemy na wakacje z naszym synem wbijamy sobie do głów, że ten czas jest głównie podporządkowany jego potrzebom. Jeśli szybko zdacie sobie z tego sprawę podróżując z dzieckiem, 
zaoszczędzicie sporo nerwów i frustracji. 
Trzeba po prostu zaplanować czas tak, żeby był dla niego najbardziej atrakcyjny jak się da, żeby nie słuchać za dużo marudzenia, płaczu i krzyku i przy okazji też trochę skorzystać. 




Podczas, gdy nas najbardziej zachwyciła piękna architektura, naszemu maluchowi do gustu przypadło do gonienie gołębi. Od kiedy zobaczyłam film Nie kłam kochanie, zawsze chciałam przejechać się krakowską dorożką tak jak to zrobili bohaterowie filmu. No i udało się :) Synek marudził, że to będzie nuda, ale ja nie dawałam za wygrana i jednak pojechaliśmy.  Co prawda napisałam wcześniej, że czas trzeba atrakcje trzeba dostosować do dziecka, ale nie przesadzajcie z tym. To mają być też Wasze wakacje i wspomnienia. 
Na dorożkę nie musieliśmy czekać, stało ich na Rynku całkiem sporo. Koszt 20 minut przejazdu to 150 zł. Przy okazji Pani woźnica pokazała nam kilka istotnych w Krakowie miejsc. Przejechaliśmy ulicą Kanoniczną, jedną z najstarszych w Krakowie, widzieliśmy okno, z którego nasz Papież Jan Paweł II przemawiał do wiernych, widzieliśmy dom w którym mieszkał. Z dorożki zobaczyliśmy też Wawel i ogólnie kawałeczek starego Krakowa. Moim zdaniem było super. 






Zajrzeliśmy też do sklepiku, a właściwie fabryki cukierków CiuCiu na ul. Grodzkiej, w którym można było zrobić dla siebie cukierki. Kolejka do robienia cukierków niestety była dość duża, więc tylko kupiliśmy słodkości. 



WAWEL

Wawel zwiedziliśmy tylko z zewnątrz. Byłam pewna, że nasz pięciolatek nie wytrzyma chodzenia po zamku. Jest na to za bardzo żywiołowy, za to bieganie po dziedzińcu podobało mu się bardzo. 
Chcieliśmy też wejść do smoczej jamy, niestety nie doczytaliśmy i zamiast wejść na górze zamku, zeszliśmy na dół do pomnika Smoka, a tam niestety było już tylko wyjście. 
Pomnik troszkę mnie rozczarował, ale synkowi podobał się bardzo, szczególnie gdy niespodziewanie zaczął zionąć ogniem. 










WYSTAWA KLOCKÓW LEGO

Jeden dzień z niecałych dwóch, które spędziliśmy w Krakowie był niestety deszczowy. 
Poszliśmy więc do kina i na Rybkę Dori i na Wystawę Klocków Lego. 
Wystawa była świetna, mnóstwo budowli stworzonych z niezliczonych ilości klocków.
Mój synek  i mąż biegali zachwyceni  pomiędzy gablotami. Wystawa była w Galerii Kazimierz i tra do 16 października. Ceny biletów różnią się w zależności od dnia tygodnia najlepiej sprawdźcie TUTAJ




Całość była rozłożona na dwóch piętrach. Na dole było zwiedzanie, a na górze zabawa. Dość spore pomieszczenie ze stoliczkami wypełnionymi klockami Lego z różnych kolekcji, gdzie można było wspólnie z dzieckiem ułożyć coś ciekawego. 









**************************************************

Rodzinny Park Rozrywki z Zatorze

Kilka dni temu opowiadałam Wam o naszej wycieczce do Krakowa
Teraz chciałabym dopowiedzieć jeszcze kilka słów o jej ostatnim dniu, w którym odwiedziliśmy
rodzinny park rozrywki w Zatorze Energylandia.

Zacznę od tego, że spędziliśmy w Energylandii 7 godzin i nie nudziliśmy się.
Moje ogólne wrażenie jest dobre. Polecam tę atrakcję wszystkim, którzy lubią karuzele, rollercoastery i inne spadające kule. 




Park jest ładny, sporo w nim zieleni, jest dobrze skomunikowany. 
Jest mnóstwo punktów z jedzeniem, napojami, toaletami. 
Znajdziecie tu atrakcje dla dzieci w bardzo różnym wieku. Oczywiście im bardziej ekstremalne doznania tym starsze i większe muszą być dzieci, żeby z nich skorzystać. 
My pojechaliśmy z pięciolatkiem, który był parkiem zachwycony.




Choć spotkałam się ze zdaniami, że cena parku jest wysoka uważam, że jest odpowiednia.
109 zł za osobę dorosłą i 59 za dziecko za cały dzień, bez ograniczeń nie wydaje mi się przesadzona, tym bardziej, że w cenę wchodzi również korzystanie ze strefy aqua parku. Szczegóły możecie sprawdzić na stronie parku.
Bilety możecie kupić przez internet, więc nie trzeba czekać w kolejce do kasy. Na tym niestety kończy się radocha z nie czekania. Jak w większości tego typu parków do najfajniejszych atrakcji trzeba trochę postać. Czasem nawet 40 minut. Na pocieszenie tym, którzy mają małe dzieci powiem, że karuzele i kolejki górskie dla najmłodszych nie były aż tak bardzo oblegane. Też trzeba było poczekać, ale znacznie krócej. Nie wiem jak jest w ciągu tygodnia. My byliśmy w niedzielę, ale może od poniedziałku do piątku dużych kolejek nie ma. 

Obiad kosztował nas 70 zł na trzy osoby. 
Lody 3 zł za gałkę, ale były spore.
Jest też wiele sklepików z pamiątkami i maskotkami, ale udało nam się nic nie kupić :)
W parku są szafki, w których możecie przechować swoje rzeczy, których nie chcecie nosić. Minusem jest to, że za każdym razem gdy chcecie tę szafkę otworzyć i coś z niej wyjąć trzeba wrzucić kolejne dwa zł :( 
Było dużo ławeczek do odpoczywania i fajne spryskiwacze z mgiełką do ochłody. 







Spośród mnóstwa przeróżnych atrakcji naszemu maluchowi najbardziej spodobała się prosta ślizgawka. Zjeżdżało się na niej w specjalnych filcowych workach. Pęd był świetny i nawet nieźle podskakiwało się na podwyższeniach. Najfajniejsze było to, że kolejka do zjechania była maleńka i zjeżdżaliśmy wiele razy. 







Strefa basenowa była bardzo fajna. Wokoło basenów  na piasku były ustawione leżaki. 
Muszę przyznać, że był to miły odpoczynek i odmiana po kilku godzinach biegania od karuzeli do karuzeli. 
Było sporo przebieralni i oczywiście szafki, w których możecie zostawić swoje rzeczy. 
Baseny świetne w szczególności dla maluszków. Fajne chropowate podłoże, zapobiegało poślizgnięciu. Były palmy, piasek i słońce i na prawdę przez tę godzinkę, gdy leżeliśmy na leżakach czuliśmy się jak na egzotycznej plaży.
Było sporo ratowników obserwujących bawiące się dzieci oraz zajęcia z fitnesu, czy może raczej taka wodna zumba. W każdym razie bardzo sympatycznie. 






Park jest dość rozległy i choć łatwo wszędzie dojść, łatwo też pobłądzić i trafić na ślepą uliczkę.
Przy wejściu możecie zaopatrzyć się w mapkę, która nie tylko pomoże Wam zorientować się gdzie jesteście, ale też które atrakcje są dostępne dla Waszych dzieci. Na mapie są opisy od jakiego wieku i jakiego wzrostu dzieci mogą korzystać z konkretnych karuzeli. 






Na terenie parku było też kino  i planetarium. Niestety
nie starczyło nam czasu, żeby skorzystać. Jeśli planujecie tam zajrzeć,  proponuję najpierw sprawdzić w jakich godzinach odbywają się seanse. Z tego co wiem seans w planetarium odbywa się co 30 minut. 









Brak komentarzy:

Prześlij komentarz